Sunday, December 13, 2009

grudzień

Jestem. Wbrew temu, co wychodzi z rachunku prawdopodobieństwa. Dni biegną jeden za drugim, albo nawet trzeci za dwudziestym, nie nadążam z liczeniem czasu. Dlatego pasuje. Nie wiem, czy to domena wieku, w jakim przyszło mi żyć, czy metryki. Jasno-ciemno-jasno-ciemno ... od weekendu do weekendu, w kółko Macieju. Spoglądam za okno, liście na drzewach, spoglądam za (mam wrażenie kilka chwil - dni ?) i goluteńkie gałęzie, a na krzakach pod pseudo balkonem pysznią się swoją czerwienią ichniejsze owoce. Ki czort.. ? Kolejne spojrzenie i coś jakby zimniej... i wiatr... hmmm, czy ta chmura nie wygląda czasem na śniegową? Szybki przegląd kalendarza.. no tak, za 2 tygodnie Święta... niecałe 14 dni, nota bene.
Świat dookoła pędzi, a u mnie w środku zatrzymał się jakiś czas temu i średnio go obchodzą zmiany klimatyczne, rocznice wszelakie, nagrody Nobla i nominacje do Oscarów. Nawet premiery filmowe i książkowe odeszły jakby na trzeci plan. W środku sobie powoli egzystuję, swoista mantra zawieszonego czasu. Gna to wszystko naokoło na łeb na szyję, a u mnie ohmmmmm.... wieczna medytacja, mam wrażenie. Lewitacja i dystans do atrakcji codzienności. Dzieciak na hulajnodze z wrzaskiem nie wyrabia na zakręcie, nachalne billboardy po obu stronach ulicy bija po oczach, ludzie w centrach handlowych jak myśliwi na polowaniach, rodzinne achy i ochy (tudzież odwrotnie, bo historia lubi się powtarzać, niestety), uporczywe dźwięki telefonów, pokrzykiwania kierowców "jak jedziesz ty...", zapowiedź o opóźnionym pociągu, jarmarczno-przekupne nawoływania w radio i w tv, i w mpk takoż.... hałas, panie dzieju, hałas i gwar. Głośniej, szumniej, więcej, mocniej, bardziej, i bardziej niż bardziej.
A u mnie świeca skwierczy i herbata pachnie. Cynamonowa.

Tuesday, October 06, 2009

02.10.2009




























Była Weranda, było 10 pięknych białych róż, był On, był pierścionek... no i powiedziałam TAK.

Po opadnięciu euforii w stopniu pewnym zabrałam się za poszukiwania kreacji. Pomijam fakt, że cała administracja związana ze ślubem, zorganizowaniem go i tak dalej, prawdę mówiąc, mnie przeraża. Sala, fotograf, fryzjer, muzyka, samochód, zaproszenia, lista gości, makijaż, menu, kwiaty, miejsce tej całej imprezy - wywołują we mnie delikatną panikę. Dobrze, że chociaż data jest ustalona, co daje pewien punkt odniesienia.
Powszechnie wiadomo o mej miłości do zakupów, chodzenia po sklepach, przymierzania ciuchów i innych atrakcji. Reakcja alergiczna murowana. Nie inaczej rzecz miała się wczoraj. W trakcie przymierzania sukienki numer 2 trafił mnie szlag, a przy 4 cholera jasna. Na jakiego grzyba człowiek się ma się męczyć w tych wszystkich halkach-nie-halkach, długich dyrdonach... masakra jakaś. I to w imię czego? Wyglądania ładnie? Wyjątkowo? Najładniej to ja się czuję w dżinsach i swetrze. Nie wiem, co mnie bardziej odstrasza, wizja szukania kiecki czy występowanie w niej przez kilka godzin później... Na moje nieśmiałe "A może ja bym sobie w jakimś ładnym białym garniturku wystąpiła?" przyszły mój małżonek spojrzał wzrokiem "Czyś ty babo rozum straciła może?" Dziękuję serdecznie za takie imprezy, kurde jego mol.
Z drugiej strony, klasyczne wesele, długa biała suknia, welon i bukiet, północne oczepiny, i inne atrakcje - to dla mnie będzie swoista awangarda. Do bólu tradycyjnie, do bólu klasycznie, z dziada pradziada, na dobre i na złe. Dziwnie mnie to kręci, ale z drugiej strony do szewskiej pasji doprowadza. Administracja głównie. I bieganie, szukanie, mierzenie, próbowanie, porównywanie, bleh. Do obrzydzenia.
A to dopiero drugi dzień przygotowań do ślubu....


Saturday, September 05, 2009

z okazji wrześniowej soboty

Utwierdzam się z każdym łykiem herbaty, że wiem, co chcę robić. Ze sobą, w życiu, w sobie, etc. Zostało mi jeszcze kilka spraw do ułożenia, drobne kosmetyczne zabiegi. Ale chyba najważniejsze mimo wszystko. I znalezienie w sobie na tyle odwagi, żeby w to wejść.
Za oknem wiatr szaleje, a w mojej głowie porównywalny chaos myśli. W tle Aretha Franklin. Krąży cytat z "Buszującego w zbożu": Cholerne pieniądze, zawsze człowiekowi w gardle staną. Nie dają szczęścia, ale wiele ułatwiają. Może zbyt wiele?
Ciężko mi zebrać myśli, uporządkować je w słowa, zdania. Ponoć to cecha umysłów genialnych albo bardzo zmęczonych. U mnie raczej to drugie. Geniuszem nie jestem, choć czasem mi się wydaje. A zmęczona i owszem. Psychicznie. Wolałabym sobie rowy pokopać przez tydzień dla odmiany. Mechanicznie przerzucać łopatą kolejne kilogramy ziemi. Nie myśleć, głównie za innych. Pofunkcjonować jak robot. Choć przez chwilę.

I need Frank, Frank is good....

Tuesday, April 07, 2009

w ramach rozliczenia

Herbata zaparzona, siedzę na stole, bo przez ostatnich kilka dni nie mogę sobie miejsca znaleźć, majtam nogami, może nieco zbyt nerwowo. Za oknem późny zmierzch, w tle euforia jakiegoś zdaje się dziewięciolatka z racji pokonania innego zdaje się dziewięciolatka w wyścigu rolkarzy o osiedlową sławę. Robię porządek w ramach Wielkiego Sprzątania Wiosennego Z Okazji Świąt Różnych. Głównie na komputerze, szczerze mówiąc. Zdjątka, linki, szkice wierszy jak maźnięcia węglem po kartce papieru. To na półkę, to do kosza, to do ukrytych folderów. I aż mi dziwnie z tym, Bałaganiara brata się z Ładem i Porządkiem, no no, kto by pomyślał... 


Pozostaje jeszcze kwestia odpowiedzi na list... Zbieram się do tego i podchodzę na raty. I myślę. I wiem. 

W kolejności zapytań, w harmonii sumienia i rzeczywistości, stan rzeczy na dziś:
- powiedziałam i mówię nadal, każdego dnia, 
- jeszcze nie zwiedziłam ale na bieżąco staram się odkrywać, 
- nie pobiegałam jeszcze, 
- jeszcze się chłodzi to piwo co to mam je wypić, 
- niezmiennie w trakcie redagowania i kompletowania, 
- jeszcze mi nie po drodze z psychologią, 
- RW jeszcze żyje i ma się nieźle, więc koncert przede mną, 
- brak w dokumentach tego świstka akurat, 
- uchowałam, uchowuję i nie zamierzam ustać w tym procederze, 
- kombinuję z książką najpierw, scenariusz na jej podstawie, 
- odnalazłam, 
- zakochałam się i trwam w tym stanie, 
- staram się, ale czasem wychodzi koślawo i na opak, 
- dom zmienił się na razie w mieszkanie, cokolwiek na parterze i z widokiem na cudnie zielony park, kominka z przyczyn technicznych brak, psa również (cytat pamiętam doskonale), 
- nabyłam, nie martwię się, 
- kupiłam, dostałam, posiadam, pachnę, 
- sama mnie znalazła tak jakby.

- żyje mi się całkiem nieźle, na przekór powszechnemu zniesmaczeniu i zmęczeniu rzeczywistością, 
- ubrana w kilka spełnionych marzeń i otulona oczekiwaniem na kilka ważkich decyzji, 
- przy mnie bambus w doniczce, Właściwy Facet po drugiej stronie telefonu i wsparcie bliskich, 
- jestem cholernie szczęśliwa, 
- poza przyjaciółmi czasem pan z dywanami zajrzy albo z drzwiami w teczce, 
- nadal w Polsce, wyjeżdżam tylko w ramach turystyki stosowanej, 
- kocham i jestem kochana, 
- piszę nadal, głównie zlecenia i monity, 
- psa brak jeszcze, 
- pod domem stoją dwa sznury samochodów długaśne na paręnaście metrów, czasem straż miejska, 
- D. (kilka miesięcy temu), siostra ze szwagrem (05.07.2008), ja (w wieku 18 miesięcy), Właściwy Facet (w tymże samym wieku), ja z siostrą i Mamą (ma druga Wigilia), ja i Właściwy Facet (Sylwester 2008/2009), 
- jak już wspominałam, kominka brak. 

Oczy błyszczą mi z radości. Jak gwiazdy.


Sunday, March 22, 2009

list

Szukając ostatnio Niezmiernie Ważnego I Absolutnie Niezbędnego Szpargału, natrafiłam na list, który napisałam do siebie kilka lat temu. Dokładniej - 30 stycznia 2004 roku. Miałam wtedy swego rodzaju manię pisania listów. Wszelakich. Do siebie. Do mniej lub bardziej wymyślonego przyjaciela. Do Bratniej Duszy siedzącej ławkę za mną. Listy, liściory, listeczunie. Maści i objętości wszelakiej. Z różnych stron świata wysyłane, w różne miejsca adresowane.
Jedni zbierają kapsle, inni kolekcjonują mandaty, ja - listy, te tradycyjne. W erze komunikacji elektronicznej, rzeczywistości wyznaczanej przez sygnał smsa, procent zapełnienia skrzynki mailowej, niemocy stworzenia zdań złożonych podrzędno-nadrzędnie, bo trzeba zrobić tak wiele tak bardzo pilnych rzeczy... listy są dla mnie namacalnym dowodem, że Ktoś poświęcił trochę swojego czasu i w tym zwariowanym świecie znalazł oazę kartki papieru. Taki undergroundowy system komunikacji.

Poniżej, ku potomności... ;)

Cześć,
Dzisiaj mam 20 lat, jest przedostatni dzień stycznia 2004 roku. Nie wiem, jak będziesz wyglądać za lat 5, 10 czy kolejne 20. Nie wiem nawet, czy dotrwasz. Ale skoro na to trafiasz właśnie w tej chwili, to znak, że Tobie - mnie się udało. Nie wiem, kim jesteś dzisiaj, co robisz, czy masz rodzinę, jak wyglądasz, gdzie mieszkasz. Nie wiem ile zostało w Tobie tej dwudziestoletniej osoby, która to kreśli. Nie wiem, czy udało Ci się zrealizować Twoje zamierzenia, plany, spełnić marzenia. A może już o nich w prozie życia zapomniałaś? Pozwól, że Ci przypomnę:
- powiedzieć właściwemu facetowi, że go kochasz,
- zwiedzić i odkryć w sobie Irlandię,
- pobiegać po Nowej Zelandii,
- napić się piwa w Australii,
- wydać tomik poezji,
- skończyć wydział psychologiczny,
- być na koncercie RW,
- zrobić licencję kierowcy rajdowego,
- uchować od zaniedbania przyjaźć z D.,
- napisać scenariusz,
- znaleźć albo raczej odnaleźć miejsce zwane domem, do którego zawsze będziesz chciała wrócić,
- zakochać się tak, że zabraknie Ci oddechu a ziemia usunie się spod stóp,
- robić to co najsłuszniej, nie to co nałatwiej albo najtrudniej,
- zbudować dom w środku parku z mnóstwem zieleni, z kominkiem, "z psem druhem wiernym na straży" (pamiętasz, skąd ten cytat?),
- kupić dobry laptop i nie martwć się o połączenia internetowe,
- kupić pięknie pachnące perfumy,
- znaleźć dobrą, satyfakcjonującą pracę.

Czy udało Ci się osiągnąć choć jedno z wymienionych? Jeśli nie, to dlaczego? Ze strachu, że się nie uda? Ze strachu przed śmiesznością? Z obawy, co sobie inni o mnie pomyślą?
Pamiętasz: "Kiedy trafia Ci się szansa na szczęście, łap ją obiema rękami i nie oglądaj się na skutki" ??

Dzisiaj jestem niezmiernie ciekawa, jak Ci się żyje. Co myślisz, co masz na sobie, kogo masz przy sobie. Czy jesteś szczęśliwa? Czy dźwięk, który słyszysz, to dzwonek u drzwi zapowiadający wizytę przyjaciół, którzy wpadli na kolację? Czy nadal jesteś w Polsce, czy wyjechałaś zgodnie z dziejszymi planami? Czy kochasz i jesteś kochana? Czy nadal piszesz? Jakiego masz psa? Co stoi pod Twoim domem? Kto jest na fotografiach ustawionych na półce? Czy ogień pali się wesoło na kominku?

Czas pokaże. Wróć do tego listu, o ile go znajdziesz w tym swoim bałaganiarstwie ;)
Przeczytaj go za 5 lat, za 10...

Mam nadzieję, że nie żałujesz patrząc za siebie. I że na samą myśl o tym, co niesie ze sobą Jutro błyszczą Ci oczy z radości.

A.



Sunday, March 01, 2009

Jutro staje się Dzisiaj

Coś jakby drgnęło, wiatr jakoś inaczej dzisiaj nawet zawiał. Jakby delikatniej, hmm... bardziej wietrznie niż wiatrowato. I nawet w tej kałuży, która zanika tylko po kilku tygodniach gorącego lata, coś jakby słońce się przeglądało przez dłuższą chwilę. Indeks bogatszy o kolejny wpis, czekoladowobrązowy odcień we włosach, w uszach wciąż dźwięk kilku ważnych słów usłyszanych 3 minuty wcześniej. 
Bardzo Ważny Ktoś odległy na grubość płaszcza. Nawet szalik powędrował do torby, bo wydał się nieodpowiedni przy tej temperaturze, przy tym nastroju i stroju. 
Drgęło, drgnęło i to znacznie. Naokoło, w środku, pomiędzy. Kolejne teorie uczciwie wypracowane i ideologicznie nawet dość spójne, jedna za drugą padają jak amerykańskie banki. Zaczynam się uzależniać od tej bezkrwawej póki co rewolucji.
Czekam na każdy weekend jak na podłączenie do zasilania. Jak wariat, albo wariatka nawet, coby płciowo poprawnie było. W sensie końcówki żeby się zgadzały. Żeby nadążyło za resztą. 
Coś drgnęło. Aż mnie dreszcze po kręgosłupie w tę i z powrotem, i jeszcze raz przebiegły, zatańczyły na karku i znalazły swoje miejsce w koniuszkach małych palcy. "Ja chcę jeszcze!" pomyślałam. 
Spojrzenie w oczy... I wiem, że dam radę. Wiem, że damy radę. Uczę się liczby mnogiej, pilnie, systematycznie, codziennie. W tramwaju, przez telefon, w ciszy dotyku rąk. 

Wszystko, co potrzebuję... jest tutaj.