Thursday, November 11, 2010

cóż jest warte zwykłe, niepopularne być?



Patrzę przez okno. Coś się kręci. Coś się zbiera. W powietrzu, we mnie. Szykują się zmiany. Czuję to pod skórą. Już nawet profilaktycznie zmieniłam fryzurę. Zanosi się na coś wielkiego. Kiełkuje we mnie pewien pomysł. Dojrzewa. Nabiera mocy. Czeka na odpowiedni moment. 
_________________________________________________________________

To już nawet nie rozstaj dróg czy skrzyżowanie. To jakieś magiczne rondo rodem ze Swindon. 
_________________________________________________________________

Weryfikacja trwa. Muzyka prosto z Rzymu sprzyja. 
_________________________________________________________________

Ludzie naokoło gonią za wielkimi samochodami, jeszcze większymi domami. Sukienki, homary, zapach od Cliva Christiana, wypasiony iPod, dwutygodniowe wakacje na lodowcu, prywatni trenerzy ciała i ducha. Szybciej, więcej, bardziej. Ego nie mieści się już w Panamerze, Visa Infinite to cel do osiągnięcia w drodze pomiędzy jednym a drugim zawałem. Polowanie na lofty z limitowanej edycji budowlanej i bywanie na Ważnych Imprezach. Tak. To jest to. Zaharować się, zagonić, by zaistnieć, by mieć. Co z tego, że 99% tych dóbr jest bezużytecznych? 

Na ile wycenić można blask w oczach ukochanej kobiety? Ile jest wart uścisk ręki? Ile kosztuje spojrzenie samemu sobie w lustrzane odbicie bez zmieszania i wyrzutów sumienia? Ile trzeba zapłacić za uśmiech nieznajomego? Jak interesowne są telefony i zdawkowe pytanie o samopoczucie? Jaką stawkę ma życie w samotności? Cóż jest warte zwykłe, niepopularne być?