Sunday, January 24, 2010

czwarta nad wieczorem

Kryzys mam. Ogólny. Po całości. Przestaje mieć poczucie tego, czego chce. Przestaję rozróżniać, czy robię coś bo muszę, bo wypada, bo trzeba, bo tak, bo nie, bo powinność czynić trzeba....  czy faktycznie wynika to z mojej nieprzymuszonej wolnej woli. I źle mi z tym. Aż mnie skręca w środku. I zła jestem na siebie o to. Co potęguje moje poczucie niskiej samooceny, kryzysu (na wiek średni to sporo za wcześnie swoją drogą, a najgorszy statystycznie dzień w roku też już za nami) i ogólnego spadku jakichkolwiek oznak życia ponad wegetację. I diabelskie koło się zamyka. I taniec z szalonym podkładem muzycznym, kakofonią w sumie raczej, niż melodią, pędzi dalej, porywa coraz to nowe punkty na mapie mojego świata. Nawet Gwiazda Polarna, aksjomat na moim niebie, zarzuciła na siebie chmurny płaszcz i poszła na spacer, zostawiając mnie na pastwę jej wykolejonych koleżanek.


Już mi nawet herbata cynamonowa nie pomaga, nie zdążę jej wypić, bo kolejny telefon świeci i podskakuje, bo kolejny dźwięk dzwonka do drzwi wybija mnie z mantry książki-koca-kawy, bo powieki opadają wbrew moim żądaniom i protestom. Mam ochotę zniknąć. Spakować manele najpotrzebniejsze i zaszyć się gdzieś, z dala od tego wszystkiego. 
Nie pomaga również świeca do masażu, ani własny prywatny masażysta. 


Potrzebuję wrócić do Mojego Pokoju. Tylko gdzieś zgubiłam do niego klucz. 


Tydzień temu dość drastycznie zmieniłam wygląd. Intuicyjnie, bez większego rozstrzygania i analizowania. Jak w transie. W mojej karierze miało to miejsce kilka razy. Zwykle po metamorfozach na taką skalę działy się rzeczy określane jako przełomowe przez niektórych, przez innych jako szalone, tudzież radykalne, i przede wszystkim - znaczące sporo dla mnie. Ciekawe, czy historia uzna, że łaskawie może zafundować powtórkę z rozrywki, czy przeciągając się leniwie, powie: "Odpieprz się, to był fałszywy alarm."  

Thursday, January 14, 2010

a propos

Anioły odchodzą z naszego życia, by egzystencję kogoś innego uczynić piękniejszą, łatwiejszą, bardziej ludzką. Możemy je oczywiście sztucznie podtrzymywać w naszej rzeczywistości, ale na co komu smutny Anioł? Dlatego musimy pozwolić im odejść.

Mój Anioł, ten co to zasnął kiedyś w niewłaściwym momencie, nadrabia zaległości od czasu do czasu. Albo cudownie ściemnia w tej kwestii. Mami, wabi, bajeruje. I tylko czasem przebija przez ten cały cyrk jego smaczne pochrapywanie.


P.S. na początku tego miesiąca minęło 5 lat mojej egzystencji w tym miejscu... To mój najdłuższy związek do tej pory ;-) życzę sobie z tej okazji najcudowniejszego i toast kawą wznoszę, jak na biurwę przystało, ole!!

Monday, January 04, 2010

apdejt

Trafia mnie. Szlag. I cholera. Najjaśniejsza pod słońcem.

Nie potrafię już udawać, że bawi mnie ta cała ślubna otoczka. Te zachwyty ludzi naokoło, że jak fajnie, że ślub, że wodzirej, że wesele, że biała długa sukienka, że oczepiny, blehhhhhh.... Nie lubiłam, nie lubię i na 99% lubić nie będę. Po prostu.
Usiłowałam się przekonać, zrobić sobie autopranie zwojów mózgowych, że będzie fajnie. I klops. Bo wiem, że nie będzie. Obojętnie jak bardzo społeczeństwo będzie mnie namawiać i wmawiać różne pierdoły. Nie kręci mnie Msza ślubna, ryż i oczepiny o północy.
Dlaczego mam słuchać nauczeń księdza, którego nie znam? On zresztą nas też nie zna, żeby mógł powiedzieć coś o nas. Bo jeśli ma to być klasyczna pogadanka to zaliczyłam w ostatni weekend, i pewnie jeszcze niejednej będę świadkiem. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi wersja tzw. skrócona, czyli sama ceremonia zaślubin. 20 minut, ogłaszam was mężem i żoną, you may kiss the bride, amen. Potem obiad vel kolacja z najbliższymi i już. Ewentualnie jeszcze kawa i ciasto. I już. Na odpoczynek. Albo podbój świata.
Długie suknie też nie są w moim stylu. Upatrzyłam sobie jedną, by V.W., choć cena czyni z niej pozycję nieosiągalną. Kostium a'la JK, wysoki obcas - to już prędzej. Może niekoniecznie w różu jednakoż. Najchętniej jeansy, ale to nie przejdzie w żaden sposób.
Swoją drogą, nie jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy apogeum szczęścia upatrują w weselu na 120 tysięcy osób, goszczeniu na nim ludzi, których na dobrą sprawę widzą jedyny raz w życiu, a po czasie pamiętają jedynie to, że byli cholernie zmęczeni i gdyby nie zastępy fotografów i operatorów kamer, impreza weselna jawiłaby się im jako narkotyczny majak.... No ni cholery nie potrafię.

Szczęśliwie Młody uznał, że podzieli moje przemyślenia. Czeka nas poinformowanie sił wyższych o naszej wizji tego przedstawienia.