Za miesiąc wigilia. Za miesiąc ostatnia noc, którą będę sygnować swoim nazwiskiem. Za miesiąc wyjdę z mieszkania lżejsza o kilka gram. Za miesiąc mam nadzieję zasnąć w miarę spokojnym snem. Za miesiąc sprawdzę, czy wszystko gotowe, czy szarfa dobrze leży, czy buty nie cisną, czy dowód osobisty jest tam, gdzie być powinien. Za miesiąc wychodzę za mąż.
Ja. Za mąż. Cały czas brzmi to abstrakcyjnie dla mnie. Świadomość bycia żoną, zmiany nazwiska, zmian w dokumentach - administracyjny szum.
Jasne, że odczuwam strach. Tylko głupcy się nie boją. Ciekawość też odczuwam. Bom ciekawska bestia.
Tysiąc myśli, tysiąc emocji. I jeszcze więcej nadziei.
Mówi się, że są ludzie, których spotykamy za późno w swoim życiu, albo za wcześnie. Są też tacy spotkani całkiem akurat w czas, w miejsce, w sytuację. I tym ludziom właśnie teraz dziękuję, że pojawili się na mojej drodze. Bez nich nie było by mnie tutaj, w tym miejscu, na tym stanowisku, z taką samoświadomością. Dziękuję za właściwe słowa i gesty. Za spojrzenia. Za przyjaźń i miłość. Za cuda. Za chwile ciszy. Za wieczność spędzoną na rozmowach.
Za miesiąc wigilia.
I'm going to paraphrase Thoreau here... rather than love, than money, than faith, than fame, than fairness... give me truth. (C.McC.)
Sunday, July 25, 2010
Thursday, April 08, 2010
kanapa ma się dobrze
Struło mnie coś. Znajomi podejrzewają Młodego, Młody znajomych. Podejrzenia dotyczą usiłowania otrucia mej osoby. Tylko jakoś motywów brak wszystkim. Póki co, ja dochodzę do siebie, w towarzystwie elektrolitów i innych medykamentów. Czuję się podle, bynajmniej nie wypoczywam i nie leniuchuje. Nawet nie mam siły myśleć wybitnie dużo. A to akurat dobre jest. Spokojniej śpię.
Uspokoiło się we mnie parę rzeczy. Tupot rzeczywistości już mi nie przeszkadza, nie drażni w sposób ciągły. Kanapa nadal pod oknem stoi, ale jakoś tak... zadomowiła się w nowym miejscu. Za oknem z kolei wrzaski dzieciaków, powarkiwania psów i ich właścicieli "Pan może jednak pójdzie swoją drogą, co?", pierwsze komary i alergiczne kichnięcia.
Jest plan. Pięcioletni. Szczwany. Całkiem spoko. O zapachu maciejki i drewna.
Moje świętowanie obrony pracy magisterskiej w nowym domu. Drewnianym domu.
I niech cały wszechświat trzyma kciuki i inne kończyny za powodzenie misji.
Sunday, March 07, 2010
kanapa
Zmiany. Czuję każdą komórką ciała, że potrzebne mi są zmiany. Inaczej wybuchnę. Rozwalę się na kawałki jak moja czerwona rama dzisiaj (spadła w trakcie przesuwania regału). Mam wrażenie, że stoję w miejscu. Że życie sobie tup tup tupta obok, a ja patrzę. Mam ochotę krzyczeć, ale jak w koszmarze, żaden dźwięk się nie wydobywa. Radykalnych zmian fryzury nie przewiduję, bo musiałabym wyłysieć chyba. Na razie zmieniam układ mebli. Zobaczymy, co dalej, do czego dojdę siłą rozpędu...
Acha, mam kanapę na przechowanie... czerwoną... fajna jest... wygodna też. Tylko mi się pod oknem nie mieści. Niestety.
Sunday, January 24, 2010
czwarta nad wieczorem
Kryzys mam. Ogólny. Po całości. Przestaje mieć poczucie tego, czego chce. Przestaję rozróżniać, czy robię coś bo muszę, bo wypada, bo trzeba, bo tak, bo nie, bo powinność czynić trzeba.... czy faktycznie wynika to z mojej nieprzymuszonej wolnej woli. I źle mi z tym. Aż mnie skręca w środku. I zła jestem na siebie o to. Co potęguje moje poczucie niskiej samooceny, kryzysu (na wiek średni to sporo za wcześnie swoją drogą, a najgorszy statystycznie dzień w roku też już za nami) i ogólnego spadku jakichkolwiek oznak życia ponad wegetację. I diabelskie koło się zamyka. I taniec z szalonym podkładem muzycznym, kakofonią w sumie raczej, niż melodią, pędzi dalej, porywa coraz to nowe punkty na mapie mojego świata. Nawet Gwiazda Polarna, aksjomat na moim niebie, zarzuciła na siebie chmurny płaszcz i poszła na spacer, zostawiając mnie na pastwę jej wykolejonych koleżanek.
Już mi nawet herbata cynamonowa nie pomaga, nie zdążę jej wypić, bo kolejny telefon świeci i podskakuje, bo kolejny dźwięk dzwonka do drzwi wybija mnie z mantry książki-koca-kawy, bo powieki opadają wbrew moim żądaniom i protestom. Mam ochotę zniknąć. Spakować manele najpotrzebniejsze i zaszyć się gdzieś, z dala od tego wszystkiego.
Nie pomaga również świeca do masażu, ani własny prywatny masażysta.
Potrzebuję wrócić do Mojego Pokoju. Tylko gdzieś zgubiłam do niego klucz.
Tydzień temu dość drastycznie zmieniłam wygląd. Intuicyjnie, bez większego rozstrzygania i analizowania. Jak w transie. W mojej karierze miało to miejsce kilka razy. Zwykle po metamorfozach na taką skalę działy się rzeczy określane jako przełomowe przez niektórych, przez innych jako szalone, tudzież radykalne, i przede wszystkim - znaczące sporo dla mnie. Ciekawe, czy historia uzna, że łaskawie może zafundować powtórkę z rozrywki, czy przeciągając się leniwie, powie: "Odpieprz się, to był fałszywy alarm."
Thursday, January 14, 2010
a propos
Anioły odchodzą z naszego życia, by egzystencję kogoś innego uczynić piękniejszą, łatwiejszą, bardziej ludzką. Możemy je oczywiście sztucznie podtrzymywać w naszej rzeczywistości, ale na co komu smutny Anioł? Dlatego musimy pozwolić im odejść.
Mój Anioł, ten co to zasnął kiedyś w niewłaściwym momencie, nadrabia zaległości od czasu do czasu. Albo cudownie ściemnia w tej kwestii. Mami, wabi, bajeruje. I tylko czasem przebija przez ten cały cyrk jego smaczne pochrapywanie.
P.S. na początku tego miesiąca minęło 5 lat mojej egzystencji w tym miejscu... To mój najdłuższy związek do tej pory ;-) życzę sobie z tej okazji najcudowniejszego i toast kawą wznoszę, jak na biurwę przystało, ole!!
Subscribe to:
Posts (Atom)