Monday, January 04, 2010

apdejt

Trafia mnie. Szlag. I cholera. Najjaśniejsza pod słońcem.

Nie potrafię już udawać, że bawi mnie ta cała ślubna otoczka. Te zachwyty ludzi naokoło, że jak fajnie, że ślub, że wodzirej, że wesele, że biała długa sukienka, że oczepiny, blehhhhhh.... Nie lubiłam, nie lubię i na 99% lubić nie będę. Po prostu.
Usiłowałam się przekonać, zrobić sobie autopranie zwojów mózgowych, że będzie fajnie. I klops. Bo wiem, że nie będzie. Obojętnie jak bardzo społeczeństwo będzie mnie namawiać i wmawiać różne pierdoły. Nie kręci mnie Msza ślubna, ryż i oczepiny o północy.
Dlaczego mam słuchać nauczeń księdza, którego nie znam? On zresztą nas też nie zna, żeby mógł powiedzieć coś o nas. Bo jeśli ma to być klasyczna pogadanka to zaliczyłam w ostatni weekend, i pewnie jeszcze niejednej będę świadkiem. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi wersja tzw. skrócona, czyli sama ceremonia zaślubin. 20 minut, ogłaszam was mężem i żoną, you may kiss the bride, amen. Potem obiad vel kolacja z najbliższymi i już. Ewentualnie jeszcze kawa i ciasto. I już. Na odpoczynek. Albo podbój świata.
Długie suknie też nie są w moim stylu. Upatrzyłam sobie jedną, by V.W., choć cena czyni z niej pozycję nieosiągalną. Kostium a'la JK, wysoki obcas - to już prędzej. Może niekoniecznie w różu jednakoż. Najchętniej jeansy, ale to nie przejdzie w żaden sposób.
Swoją drogą, nie jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy apogeum szczęścia upatrują w weselu na 120 tysięcy osób, goszczeniu na nim ludzi, których na dobrą sprawę widzą jedyny raz w życiu, a po czasie pamiętają jedynie to, że byli cholernie zmęczeni i gdyby nie zastępy fotografów i operatorów kamer, impreza weselna jawiłaby się im jako narkotyczny majak.... No ni cholery nie potrafię.

Szczęśliwie Młody uznał, że podzieli moje przemyślenia. Czeka nas poinformowanie sił wyższych o naszej wizji tego przedstawienia.

Sunday, December 13, 2009

grudzień

Jestem. Wbrew temu, co wychodzi z rachunku prawdopodobieństwa. Dni biegną jeden za drugim, albo nawet trzeci za dwudziestym, nie nadążam z liczeniem czasu. Dlatego pasuje. Nie wiem, czy to domena wieku, w jakim przyszło mi żyć, czy metryki. Jasno-ciemno-jasno-ciemno ... od weekendu do weekendu, w kółko Macieju. Spoglądam za okno, liście na drzewach, spoglądam za (mam wrażenie kilka chwil - dni ?) i goluteńkie gałęzie, a na krzakach pod pseudo balkonem pysznią się swoją czerwienią ichniejsze owoce. Ki czort.. ? Kolejne spojrzenie i coś jakby zimniej... i wiatr... hmmm, czy ta chmura nie wygląda czasem na śniegową? Szybki przegląd kalendarza.. no tak, za 2 tygodnie Święta... niecałe 14 dni, nota bene.
Świat dookoła pędzi, a u mnie w środku zatrzymał się jakiś czas temu i średnio go obchodzą zmiany klimatyczne, rocznice wszelakie, nagrody Nobla i nominacje do Oscarów. Nawet premiery filmowe i książkowe odeszły jakby na trzeci plan. W środku sobie powoli egzystuję, swoista mantra zawieszonego czasu. Gna to wszystko naokoło na łeb na szyję, a u mnie ohmmmmm.... wieczna medytacja, mam wrażenie. Lewitacja i dystans do atrakcji codzienności. Dzieciak na hulajnodze z wrzaskiem nie wyrabia na zakręcie, nachalne billboardy po obu stronach ulicy bija po oczach, ludzie w centrach handlowych jak myśliwi na polowaniach, rodzinne achy i ochy (tudzież odwrotnie, bo historia lubi się powtarzać, niestety), uporczywe dźwięki telefonów, pokrzykiwania kierowców "jak jedziesz ty...", zapowiedź o opóźnionym pociągu, jarmarczno-przekupne nawoływania w radio i w tv, i w mpk takoż.... hałas, panie dzieju, hałas i gwar. Głośniej, szumniej, więcej, mocniej, bardziej, i bardziej niż bardziej.
A u mnie świeca skwierczy i herbata pachnie. Cynamonowa.

Tuesday, October 06, 2009

02.10.2009




























Była Weranda, było 10 pięknych białych róż, był On, był pierścionek... no i powiedziałam TAK.

Po opadnięciu euforii w stopniu pewnym zabrałam się za poszukiwania kreacji. Pomijam fakt, że cała administracja związana ze ślubem, zorganizowaniem go i tak dalej, prawdę mówiąc, mnie przeraża. Sala, fotograf, fryzjer, muzyka, samochód, zaproszenia, lista gości, makijaż, menu, kwiaty, miejsce tej całej imprezy - wywołują we mnie delikatną panikę. Dobrze, że chociaż data jest ustalona, co daje pewien punkt odniesienia.
Powszechnie wiadomo o mej miłości do zakupów, chodzenia po sklepach, przymierzania ciuchów i innych atrakcji. Reakcja alergiczna murowana. Nie inaczej rzecz miała się wczoraj. W trakcie przymierzania sukienki numer 2 trafił mnie szlag, a przy 4 cholera jasna. Na jakiego grzyba człowiek się ma się męczyć w tych wszystkich halkach-nie-halkach, długich dyrdonach... masakra jakaś. I to w imię czego? Wyglądania ładnie? Wyjątkowo? Najładniej to ja się czuję w dżinsach i swetrze. Nie wiem, co mnie bardziej odstrasza, wizja szukania kiecki czy występowanie w niej przez kilka godzin później... Na moje nieśmiałe "A może ja bym sobie w jakimś ładnym białym garniturku wystąpiła?" przyszły mój małżonek spojrzał wzrokiem "Czyś ty babo rozum straciła może?" Dziękuję serdecznie za takie imprezy, kurde jego mol.
Z drugiej strony, klasyczne wesele, długa biała suknia, welon i bukiet, północne oczepiny, i inne atrakcje - to dla mnie będzie swoista awangarda. Do bólu tradycyjnie, do bólu klasycznie, z dziada pradziada, na dobre i na złe. Dziwnie mnie to kręci, ale z drugiej strony do szewskiej pasji doprowadza. Administracja głównie. I bieganie, szukanie, mierzenie, próbowanie, porównywanie, bleh. Do obrzydzenia.
A to dopiero drugi dzień przygotowań do ślubu....


Saturday, September 05, 2009

z okazji wrześniowej soboty

Utwierdzam się z każdym łykiem herbaty, że wiem, co chcę robić. Ze sobą, w życiu, w sobie, etc. Zostało mi jeszcze kilka spraw do ułożenia, drobne kosmetyczne zabiegi. Ale chyba najważniejsze mimo wszystko. I znalezienie w sobie na tyle odwagi, żeby w to wejść.
Za oknem wiatr szaleje, a w mojej głowie porównywalny chaos myśli. W tle Aretha Franklin. Krąży cytat z "Buszującego w zbożu": Cholerne pieniądze, zawsze człowiekowi w gardle staną. Nie dają szczęścia, ale wiele ułatwiają. Może zbyt wiele?
Ciężko mi zebrać myśli, uporządkować je w słowa, zdania. Ponoć to cecha umysłów genialnych albo bardzo zmęczonych. U mnie raczej to drugie. Geniuszem nie jestem, choć czasem mi się wydaje. A zmęczona i owszem. Psychicznie. Wolałabym sobie rowy pokopać przez tydzień dla odmiany. Mechanicznie przerzucać łopatą kolejne kilogramy ziemi. Nie myśleć, głównie za innych. Pofunkcjonować jak robot. Choć przez chwilę.

I need Frank, Frank is good....

Tuesday, April 07, 2009

w ramach rozliczenia

Herbata zaparzona, siedzę na stole, bo przez ostatnich kilka dni nie mogę sobie miejsca znaleźć, majtam nogami, może nieco zbyt nerwowo. Za oknem późny zmierzch, w tle euforia jakiegoś zdaje się dziewięciolatka z racji pokonania innego zdaje się dziewięciolatka w wyścigu rolkarzy o osiedlową sławę. Robię porządek w ramach Wielkiego Sprzątania Wiosennego Z Okazji Świąt Różnych. Głównie na komputerze, szczerze mówiąc. Zdjątka, linki, szkice wierszy jak maźnięcia węglem po kartce papieru. To na półkę, to do kosza, to do ukrytych folderów. I aż mi dziwnie z tym, Bałaganiara brata się z Ładem i Porządkiem, no no, kto by pomyślał... 


Pozostaje jeszcze kwestia odpowiedzi na list... Zbieram się do tego i podchodzę na raty. I myślę. I wiem. 

W kolejności zapytań, w harmonii sumienia i rzeczywistości, stan rzeczy na dziś:
- powiedziałam i mówię nadal, każdego dnia, 
- jeszcze nie zwiedziłam ale na bieżąco staram się odkrywać, 
- nie pobiegałam jeszcze, 
- jeszcze się chłodzi to piwo co to mam je wypić, 
- niezmiennie w trakcie redagowania i kompletowania, 
- jeszcze mi nie po drodze z psychologią, 
- RW jeszcze żyje i ma się nieźle, więc koncert przede mną, 
- brak w dokumentach tego świstka akurat, 
- uchowałam, uchowuję i nie zamierzam ustać w tym procederze, 
- kombinuję z książką najpierw, scenariusz na jej podstawie, 
- odnalazłam, 
- zakochałam się i trwam w tym stanie, 
- staram się, ale czasem wychodzi koślawo i na opak, 
- dom zmienił się na razie w mieszkanie, cokolwiek na parterze i z widokiem na cudnie zielony park, kominka z przyczyn technicznych brak, psa również (cytat pamiętam doskonale), 
- nabyłam, nie martwię się, 
- kupiłam, dostałam, posiadam, pachnę, 
- sama mnie znalazła tak jakby.

- żyje mi się całkiem nieźle, na przekór powszechnemu zniesmaczeniu i zmęczeniu rzeczywistością, 
- ubrana w kilka spełnionych marzeń i otulona oczekiwaniem na kilka ważkich decyzji, 
- przy mnie bambus w doniczce, Właściwy Facet po drugiej stronie telefonu i wsparcie bliskich, 
- jestem cholernie szczęśliwa, 
- poza przyjaciółmi czasem pan z dywanami zajrzy albo z drzwiami w teczce, 
- nadal w Polsce, wyjeżdżam tylko w ramach turystyki stosowanej, 
- kocham i jestem kochana, 
- piszę nadal, głównie zlecenia i monity, 
- psa brak jeszcze, 
- pod domem stoją dwa sznury samochodów długaśne na paręnaście metrów, czasem straż miejska, 
- D. (kilka miesięcy temu), siostra ze szwagrem (05.07.2008), ja (w wieku 18 miesięcy), Właściwy Facet (w tymże samym wieku), ja z siostrą i Mamą (ma druga Wigilia), ja i Właściwy Facet (Sylwester 2008/2009), 
- jak już wspominałam, kominka brak. 

Oczy błyszczą mi z radości. Jak gwiazdy.