Monday, January 28, 2008

Czego się boisz, głupia? Ciąg dalszy nastąpił.

To cholernie przykre, kiedy ludzie mieli ją gdzieś, kiedy nie mieli czasu, ani ochoty ruszyć się ze swoich ciepłych, bezpiecznych przystani, by się spotkać. Uwzięli się wszyscy, czy jak? To jakieś ciche porozumienie otoczenia, jakaś niepisana umowa, żeby tak ją traktować? Bo nie rozumiała, nie potrafiła. Stała, jak ten nie przymierzając, szczeniak na wystawie sklepowej i z nadzieją liczyła, że ktoś ją przygarnie. Może nawet pokocha.
Nie chodziło nawet o to, że to kolejny wieczór spędzany samotnie, że to akurat sobota, że dokładnie osiem lat temu zmarł jej Dziadek, że metka na ciuchach nie potrafiła się zdecydować i skakała w tą i z powrotem jak naćpana pchła, że zawiodła się na kimś, kto sprawiał, że śmiała się jak dziecko, że Anioł wsadził ręce w kieszenie i z szelmowskim uśmiechem spoglądał na nią z wysokości półki... A może właśnie o to?
Po głowie błąkała się kwestia z pewnej cholernej amerykańskiej komedii romantycznej, z nieomijalnym happy endem (których organicznie nie tolerowała), o byciu zwykłą dziewczyną stojącą przed chłopakiem, prosząc o głupią i prostą rzecz, o cieplejsze uczucie, moment lotu dziesięć metrów nad ziemią.
Naokoło trwała w najlepsze epidemia zaręczyn, tudzież ciąż. Być może średnia jej nastroju z kilku ostatnich dni była skażona nieuleczalną odpornością na wirus wywołujący wyżej wymienione infekcje; być może to przez orkan i brak promieni UVA.

Z jednej strony jakiś głos w środku mówił, żeby rzuciła to wszystko co ją otacza, to obecne i namacalne wszystko, w najjaśniejszą cholerę pod słońcem i pojechała. Przed siebie. Tam, dokąd zapragnie ten Szalony Głos Marzeń Do Zrealizowania, wiecznie pijany radosną twórczością własnego, samolubnego, nawiedzonego JA. Tam, gdzie anonimowość i samotność nie będą ani atutem, ani przeszkodą. Żeby zrobiła to, o czym z taką pasją czyta, co ogląda, czego słucha. "Chcesz poczuć deszcz na twarzy? Dlaczego nie w Amazońskiej Puszczy? Chcesz przybić piątkę z nowym współlokatorem? Dlaczego nie w mieszkaniu za 10 dolarów tygodniowo w Nepalu? Pizza... Nie ma jak neapolitańska!" Noc pod gołym niebem, spacer brzegiem rzeki, odkrycie siebie na nowo, jak skok na bungee.
Jest i drugi głos. Rozsądnie puka się w czoło, tak nieznośnie rzeczywiste. "A skąd niby weźmiesz na te fanaberie pieniądze? A co ze studiami? A praca? A Twoje zdrowie? A jak coś Ci się stanie? A co? A kiedy? A gdzie? A dlaczego...?"
A trzecie potencjalne źródło głosu nic nie mówi. Stoi z boku i świdruje niebieskim spojrzeniem całą tę sytuację. Może nawet siada w końcu na wielkiej czerwonej poduszce, napije się kawy z mlekiem, zapali mentolowego papierosa, zaprosi do wspólnego milczenia głosy należące do Innych Poszukujących. Cień, który nie może nadążyć. Uśmiech przez lewe ramię, który wszystko tłumaczy. Skinienie głowy, które jest odpowiedzią na właściwie postawione pytanie. Uścisk ręki.

Monday, January 07, 2008

destylowany sok z raju po drugiej stronie ulicy


Serce za małe o dwa rozmiary,
Kawałek niezwykłości o długości...
powiedzmy... przeciętnego motyla,
Pasja zamknięta w kilku wykrzyknikach.

Przywieź mi garść wspomnień
kilka zdumionych spojrzeń
bezwiednie wysłany uśmiech
chwilę zatrzymania
moment zagubienia...
... a właściwie to była wieczność...

jedną myśl o mnie
zaproszenie na wieczny bal
spotkanie wpół drogi pomiędzy przystankami
policz do trzech
zaczaruj mnie w blasku wina...
... a w tle grał wtedy Frank...

otul przechylonym uśmiechem
gdy za oknem słupek rtęci spada
na łeb
na szyję

Przywieź mi garść wspomnień z wyprawy Piotrusia Pana
styczniowy spacer o godzinie duchów
dźwięk upadającego płatka śniegu...
... a może to był deszcz?

Saturday, November 17, 2007

let it be a fallen star whisper

- Will you be my Guardian Angel?
- ...
- ...


Blackout, music starts to play, a car drives away.

Wednesday, November 07, 2007

via delle zoccolette



Znajdź swoja uliczkę, zgub się, niech zawiruje ci pusty zaułek, niech zachwyci cię zapach miasta, niech twoje myśli ogarnie chaos, niech w tle zagra ci aria klaksonów, niech zaczaruje cię feeria odbić zamkniętych w ramach sklepowych wystaw, niech twoje płuca napełnią się blaskiem trzeciej nad ranem, niech porwie cię magia chwili, niech wiatr zatańczy ci we włosach na szczycie schodów, daj się ponieść Berenice, pomyl stacje metra, skręć w czwartą w prawo zamiast codzienną drugą w lewo, upij się światłem Wenus, niech otuli cię dym papierosa, poczęstuj ulicznego clowna swoim heinekenem, uchwyć moment z czyjegoś życia, zatańcz w ruinach, zamknij oczy i daj się poprowadzić.

Niech słowa płyną leniwym szeptem. Zachowaj to spojrzenie przesłane nad aromatem niedzielnego obiadu. Wznieś toast za młodość serca. Zanurz rękę w fontannie i na przekór tradycjom zachowaj grosik dla siebie. Nie czekaj w kolejce, żeby zobaczyć to, co wszyscy - stało dwa tysiące lat, postoi kolejne dziesięć. Znajdź siebie w anonimowym tłumie. Zaśmiej się tak, aż zaboli cię brzuch i zrobią ci się zmarszczki. Słuchaj, co mówią przez megafon na stacjach kolejowych. Wypij sambucę z trzema ziarnami kawy. Zjedz kiwi prosto z drzewa.

Bo wszystkie drogi dokądś prowadzą.

Wednesday, October 03, 2007

Bezczelnie Pana przepraszam



Przepraszam Pana bardzo, czy mogę się w Panu zakochać?
Tak zupełnie
Bez reszty
Przy blasku ogniska jednego z wielu
Wśród traw wysokich po pas
Ze śmiechem przyjaciół otulonych dymem

Przepraszam bardzo, czy mogę się w Panu zakochać?
Tak bezwstydnie
Na nowo
Intensywnie
I z pasją
Z nocą bezsenną i leniwym porankiem
Z kawą w kubku ogromnym
I kocurem na parapecie

Czy mogę się w Tobie zakochać?
Polecieć dziesięć metrów nad ziemią
Albo nawet trzydzieści
Policzyć piegi
Poczuć Twój dotyk od stóp po czubek nosa
Spojrzeć na świat Twoimi oczami

Czy mogę...?
Za późno.
Dwa spojrzenia
Bez pozwolenia
Przez szerokość pokoju

Bezczelnie z uśmiechem
Świat stanął i ruszył z kopyta